• Wpisów:16
  • Średnio co: 82 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 18:09
  • Licznik odwiedzin:7 482 / 1406 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Dotknij troskliwie.
Całuj namiętnie.
Kochaj dogłębnie.
 

 
Lekko...
Trochę głodno...
Krucho, lecz idealnie.
Tak za Ciebie nie jem,
za nas
i za mnie.

Nie jem, żeby czas cierpienia
so­bie skrócić.
Gdy­byś wie­dział, jak Cię potrzebuję
to byś wrócił.

Minę...
Zniknę zaraz...
Umrę. Jeszcze żyję.
Już na pog­rzeb mój
uczu­cia Two­je do mnie szyję.

Nie jem...
Bo wierzę, że "tam" będzie lepiej.
Na tym świecie
nie mam po co żyć bez Ciebie.
 

 
Dotknij mnie
dotknij chłodna ręką
ja płonę cała
całuj mnie, całuj powoli
bym się lękać nie musiała
nagłych wzruszeń, przypływów gorących
drgań rozkosznych, uniesień falujących
zapadania w szarości, wirowania w błękicie

dotknij, całuj, ogarnij
świętą ciszę czekania
dotknij, całuj, wypełnij
słodką przestrzeń istnienia
dotknij, całuj, zapomnij
się we mnie westchnieniem
niech samotność będzie
tylko cieniem.
 

 
Mam tysiąc fantastycznych wspomnień związanych z Tobą. Im więcej czasu upływa, tym bardziej jestem zakochana. Myślałam, że mocniej już nie można. Kocham Cię, kiedy się śmiejesz. Kocham Cię, kiedy się wzruszasz. Kocham Cię, kiedy jesz. Kocham Cię w soboty wieczorem, kiedy idziemy do pubu. Kocham Cię w poniedziałki rano, kiedy jesteś jeszcze śpiąca. Kocham Cię, kiedy śpiewasz do zdarcia gardła na koncertach. Kocham Cię rankiem, kiedy po wspólnie przespanej nocy nie możesz znaleźć swoich kapci, żeby iść do łazienki. Kocham Cię pod prysznicem. Kocham Cię nad morzem. Kocham Cię w nocy. Kocham Cię o zachodzie słońca. Kocham Cię w południe. Kocham Cię teraz…
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (26) ›
 

 
W końcu się poddajesz. Nie walczysz, nie krzyczysz, nie płaczesz. Patrzysz obojętnym wzrokiem na to co Cię otacza i nie potrafisz już zrozumieć o co było to zamieszanie. Nie interesuję Cię już czy ktoś odejdzie, albo czy może zranić. Zgadzasz się na wszystko.
 

 
Serca już nie mam, rozum tracę co dzień coraz bardziej, nie myślę, nie istnieje, po prostu trwam między pustką a ciszą, między brzdękiem otwierającej się butelki piwa a dymem ze szluga, trwam tak pomiędzy rzeczywistością a zaświatami, trwam, bo niby jestem a umieram...
 

 
* Kochaj mnie !..
* Kochałam..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (13) ›
 

 
Widzę twarz zwróconą ku mnie
beztroską, śmiałą jak dotyk słońca,
podnoszę ją oczami duszy,
splecionych ciał nie będzie końca.

Złączyły pieśni nas jednym losem,
pachniało rześko jak z letnich fal,
koperty słów kręciły nosem,
języki drgając popadły w szał.


Figury, pozy, aktów stu bal
oddech rytmiczny, rozkoszy jęki
liryki, prozy, podróży dal
nocy gwieździstej złociste wdzięki
 

 
Żeby nasz rap nie zginął,
Żeby się szczęśliwie żyło,
Żeby luxu było kilo
Żeby nasz czas nie przeminął,
Żeby papier był nie bilon,
Żeby wciąż tu była miłość,
Żeby syf każdy pominął,
Żeby zwyciężyło stilo
Żeby nam się ułożyło
By do końca git już było
By marzenie się ziściło,
Żeby każdy mógł to przyjąć.
Nie smucić się, powrócić do nas,
Śpiewać to, nucić
 

 
Odkąd ukończyłam dwanaście lat, co roku na urodziny jakiś tajemniczy nieznajomy przysyłał mi jedną białą gardenię. Nigdy nie było przy niej żadnej karteczki ani bilecika, a telefony do kwiaciarni również na nic się nie zdały, ponieważ za kwiat zawsze płacono gotówką. Po jakimś czasie poniechałam więc starań, by poznać tożsamość owego zagadkowego nadawcy. Rozkoszowałam się za to pięknem i intensywnym zapachem tego magicznego, doskonałego, białego kwiatu, otulonego warstwami miękkiej, różowej bibułki.

Nigdy jednak nie przestałam wyobrażać sobie, kim ta osoba może być. Wiele szczęśliwych chwil spędzałam, marząc o kimś wspaniałym i ekscytującym, lecz zbyt nieśmiałym czy ekscentrycznym, by mógł się tam po prostu ujawnić. Kiedy byłam nastolatką, fantazjowanie, że nadawcą może być chłopak, który właśnie wpadł mi w oko, czy nawet jakiś nieznajomy, któremu się spodobałam, sprawiało mi wielką przyjemność.

Moja mama często włączała się do moich głośnych rozmyślań. Pytała, czy może wyświadczyłam jakąś wyjątkową przysług® komuś, kto wolałby anonimowo okazywać swoją wdzięczność. Przypomniała, że kiedy jeździłam na rowerze, a nasza sąsiadka parkowała samochód wypchany sprawunkami i dzieciakami, zawsze pomagałam jej wypakować zakupy i pilnowałam, żeby maluchy nie wybiegły na ulicę. A może tym tajemniczym człowiekiem jest starszy pan, który mieszka po drugiej stronie ulicy. Zimą często zanosiłam mu pocztę pod same drzwi, żeby nie musiał schodzić po oblodzonych stopniach.

Mama dokładała wszelkich starań, aby pobudzić mnie do głębszych rozważań o gardenii. Pragnęła, by jej dzieci były twórcze. Chciała, żebyśmy czuli się kochani i doceniani nie tylko przez nią, ale także przez cały świat.

Kiedy miałam siedemnaście lat, pewien chłopiec złamał moje serce. W nocy, po jego ostatnim telefonie, utuliłam się o snu płaczem. Po przebudzeniu spostrzegłam na moim lustrze zdanie wypisane czerwoną szminką: ,,Zaprawdę, uwierz mi, gdy odchodzą Bożkowie, bogowie przybywają”. Myślałam o tym cytacie z Emersona tak długo, aż moje serce się wyleczyło. Do tego momentu zostawiłam to zdanie tam, gdzie umieściła je mama. Toteż kiedy zobaczyła mnie w końcu z płynem do czyszczenia szyb w ręku, wiedziała, że wszystko znowu było w porządku.

Były jedna pewne rany, których nawet mama nie potrafiła zaleczyć. Na miesiąc przed ukończeniem przeze mnie szkoły średniej ojciec zmarł nagle na atak serca. Moje emocje balansowały wtedy pomiędzy zwykłym smutkiem a poczuciem porzucenia, strachem, nieufnością a przytłaczającą złością, że tato przegapi najważniejsze wydarzenia mojego życia. Zupełnie straciłam zainteresowanie zbliżającymi się uroczystościami, nad którymi całkiem niedawno ciężko pracowałam i których z wielką niecierpliwością oczekiwałam. Rozważałam nawet możliwość pozostania w domu i wstąpienia do miejscowego college’u, zamiast wyjazdu, jaki wcześniej zaplanowałam, ponieważ takie rozwiązanie wydawało mi się po prostu bezpieczniejsze.

Mimo, że mama sama była pogrążona w głębokim smutku, nie chciała opuścić do tego, aby ominęła mnie jakakolwiek z tym zabaw. W dniu poprzedzającym śmierć ojca udałyśmy się wspólnie na zakupy. Wybrałyśmy wyjątkowo piękną, długą suknię w czerwone, białe i błękitne kropki, w której mogłam pójść na bal. Chociaż była trochę za długa, gdy ją włożyłam, poczułam się jak Scarlett O’Hara. Kiedy następnego dnia zmarł mój ojciec, zupełnie o niej zapomniałam.

O sukni pamiętała jednak mama. Przed balem, odpowiednio skrócona, już na mnie czekała. Ułożona po królewsku na sofie prezentowała się artystycznie i wzruszająco. Choć sama nie martwiłam się, co włożę na zabawę, mama nawet wtedy o tym nie zapomniała.

Troszczyła się o to, aby wszystkie jej dzieci w pełni akceptowały siebie. Wpoiła w nas poczucie magii świata i przekazała nam zdolności dostrzegania piękna nawet w obliczu nieszczęścia.

Tak naprawdę mama pragnęła, abyśmy widzieli w sobie takie same cechy, jakie przypisywaliśmy mojej gardenii- siłę, piękno, doskonałość, aurę magiczności i odrobinę tajemniczości.

Mama zmarła, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata, zaledwie dziesięć dni po moim ślubie. W tym roku gardenie przestały nadchodzić...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (38) ›
 

 
Wierzę w dobro. W pozytywną energię, w prawdę. Wierzę, że dobro zawsze będzie zwyciężało nad złem. Wierzę, że człowiek sam tworzy swoją przyszłość i ma na nią wpływ – także poprzez życie w prawdzie i uczciwości, bo promieniując dobrą energią, przyciąga się jeszcze więcej tej pozytywnej, konstruktywnej i dobrej energii, która daje siłę.

Szczęśliwego Nowego Roku !!
 

 
Gdybyś umarł,
gdybym miała Cię już więcej nie zobaczyć,
moje serce przestałoby bić.
Tak po prostu.
Z rozpaczy
nie chciałoby żyć.

Umarłoby.
A tam za śmierci powłoką daleko
szukałoby Ciebie
wszędzie:
- w piekle
- czyśćcu
i nad rajską rzeką
w niebie.
I teskniłoby za Tobą
jak za życia nieraz
tęskniło...

Aż znalazłoby Cię,
znalazłoby,
ochroniło przed samotnością
i tam
w nieznanym
tuliłoby Cię jak teraz,
bo Ty jesteś jego Miłością...
 

 
Czy kiedykolwiek kochałeś kogoś tak bardzo, że dałbyś sobie uciąć za niego rękę?
Nie, nie w przenośni, dosłownie - czy oddałbyś za niego rękę?
Kiedy wiedzą, że są twoim sercem
I ty wiesz, że byłeś ich zbroją
I zniszczysz każdego, kto spróbowałby je skrzywdzić
 

 
Był kiedyś chłopak, zakochany w dziewczynie, co dzień obiecywał, że za Nią to nawet zginie. Że dla Niej wszystko, ślub był w planie, byli razem na dobre i złe, cokolwiek się stanie. Kochali się i żyli dla siebie, przed snem mówili słowa „nawet śmierć tej miłości nie pogrzebie”. To dla nich był już w sumie rytuał, chłopak z radości szalał, gdy wśród blasku gwiazd się z Nią przytulał. Można rzecz, że to był związek idealny prawie, wszystko nagle się zmieniło po pewnej sprawie. Chłopak jeden dzień nie miał czasu dla Niej, poszła z Kumpelą w balet zaszaleć. Za dużo piwa, żeby się rozluźnić trochę fety, w głowie się zakręciło, więc poszła do toalety. Za Nią poszedł jeden pewien koleżka, pogadali trochę, wyszło, że niedaleko Niej mieszka. Ona nie myśląc zaczęła z Nim robić bardziej odważne czyny, nie mając w tej chwili sumienia odrobiny. Dziewczyna się nie krępowała i dalej poleciało, w klubie, w toalecie, tam właśnie to się stało. Następnego dnia przyszły wyrzuty sumienia, poszła do chłopaka i powiedziała to co miała do przekazania, w Nim nastały pewne myśli i przeszedł do ich planowania. Po wszystkim się rozpłakał i wyszedł z mieszkania, na pobliski most, tam właśnie miało dojść do obietnicy spełniania. Nie wahał się przez chwilę, szybko skoczył w dół, dziewczyna podcięła sobie żyły, bo niszczył Ją ten ból.
 

 
„Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy ból. Ból to wcale nie znaczy dostać lanie, aż się mdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i zdaje się nam, że zaraz przez to umrzemy, i na dodatek nie możemy nikomu zdradzić naszego sekretu. Ból sprawia, że nie chce nam się ruszać ani ręką, ani nogą ani nawet przekręcić głowy na poduszce."

 

 
„Nie chcę być sam. Nigdy nie chciałem być sam. Nienawidzę tego, że nie mam z kim porozmawiać, nienawidzę tego, że nie mam do kogo zadzwonić, nienawidzę tego, że nie mam nikogo, kto potrzyma mnie za rękę, przytuli mnie, powie mi, że wszystko będzie w porządku. Nienawidzę tego, że nie mam nikogo, z kim mógłbym dzielić nadzieje i marzenia, nienawidzę tego, że przestałem mieć nadzieje i marzenia, nie znoszę tego, że nie mam nikogo, kto powiedziałby mi, żebym się trzymał, że jeszcze się odnajdę. Nienawidzę tego, że kiedy krzyczę, a krzyczę jak opętany, to krzyczę w pustkę. Nienawidzę tego, że nie ma nikogo kto by usłyszał mój krzyk, i nie ma nikogo, kto pomógłby mi nauczyć się przestać krzyczeć.>